czwartek, 11 grudnia 2014

On my way to Parati!



Godzinę jazdy metrem zajęło mi dotarcie z Granja Julieta do dworca skąd odjeżdżał mój autobus do miasteczka Parati. Od tego momentu byłam zdana już sama na siebie, co zdecydowanie sprawiało, że odczuwałam lekką ekscytację pomieszaną z zaniepokojeniem. Sao Paulo o poranku nadzwyczaj tętniło życiem przez co moja uwaga nie mogła być uśpiona. Miałam wrażenie, że jestem obserwowana na każdym kroku. Nie wiem czy to przez to, że byłam obładowana dwoma plecakami czy inni po prostu mieli niecne zamiary.

Kupno biletu w ekspresowym tempie, szybkie śniadanie przyszykowane przez tatę Elisy, u której spałam i już chwilę później siedziałam w wygodnym autobusie w stronę Parati. Miasteczko, o którym mowa, leży na wschodnim wybrzeżu Brazylii mniej więcej w połowie drogi między Sao Paulo i Rio de Janeiro. Przez sześć godzin podziwiałam oszałamiające widoki za oknem. Niesamowita zieleń, góry, palmy, ocean, wybrzeże, plaże, słońce, Brazylijczycy grający w piłkę na plaży. Naprawdę ciężko było oderwać wzrok, siedziałam jak zahipnotyzowana. Miałam szczęście, że towarzyszką podróży okazała się Elen, która chociaż nie mówiła po angielsku, za wszelką cenę chciała ze mną rozmawiać, opowiadać o Brazylii i dowiedzieć się jak najwięcej o moim kraju. W takich momentach bariery językowe nie istnieją, najważniejsze są chęci. Musielibyście zobaczyć nasze miny, gdy przy wyjściu z autobusu okazało się, że zarezerwowałyśmy nocleg w tym samym hostelu (Che Lagarto Hostel). Wspólnie dotarłyśmy na miejsce, którego atmosfera zauroczyła mnie niesamowicie. Hamaki, otwarci ludzie, dobra muzyka, świetna strefa wspólna i makaki przychodzące o poranku sprawiały, że miejsce było wyjątkowe.

Po wizycie w hałaśliwym, zakorkowanym i niekoniecznie uroczym Sao Paulo, Parati były oazą spokoju i rajem, na który czekałam. Zapakowałam aparat do torby i ruszyłam przed siebie. Czułam się bezpiecznie, więc pozwoliłam nogom by mnie niosły przed siebie. Urocze uliczki, kolonialne budynki, mini port z kilkoma łódkami, kanały i wszechobecny spokój. Do tego lokalsi krzątający się wokół swoich domów, kilka osób wygrzewających się na plaży, konie na ulicach i taki swojski klimat. Czułam się trochę jak u babci na wsi, ale otoczona górami, wodą i budynkami z przeszłością.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz