środa, 9 kwietnia 2014

Sticky rice na plaży?!

Jeśli wybraliśmy Koh Samui jako naszą wakacyjną destynację to prawdopodobnie:  
  • szukaliśmy ładnych plaż   
  • chcieliśmy potraktować wyspę jako bazę wypadową na inne wysepki   
  •  szukaliśmy spokoju


Dzisiaj będzie o plażach, ale tylko o trzech, bo te mieliśmy okazję odwiedzić. Odpuściliśmy sobie Chaweng, czyli tę największą, a to ze względu na ciszę, której szukaliśmy.






1)  Lamai

To był nasz pierwszy przystanek na Koh Samui. Plaża znajduje się południowo-wschodnim krańcu wyspy i równolegle do niej ciągnie się ulica, gdzie wyrosły hotele, restauracje i sklepiki. Choć życie tam kwitnie to na plaży nie musimy spodziewać się tłumów jak w Kołobrzegu : ). Nie trzeba się również przejmować zapleczem gastronomicznym, bo w okolicy możemy znaleźć naprawdę wiele knajpek, które serwują pyszne jedzenie. Łatwo także złapać tuk-tuka lub taksówkę, choć transport na wyspie nie jest tak tani jak na lądzie.




2)   Silver Beach

Plaża znajduje się zaledwie kilka kilometrów od Lamai i warto się na nią wybrać, gdyż zatoczka jest naprawdę urocza. Stoisko z masażami, jedna restauracja, jeden hotel, czyli spokój.



3)  Bo Phut


Przyszła kolej na plażę Bo Phut, która znajduje się na północy wyspy. 
Niestety wspomnień z tamtego miejsca mam niewiele, a jedyne co pamiętam to wizyty w szpitalu i okropną chorobę, która mnie zmogła. Plaża spokojniejsza niż Lamai, ale w okolicach też nie nastawiajmy się na znalezienie wielu punktów gastronomicznych. Ratunkiem był cudowny pan, który codziennie przypływał na łódce z kurczakami satay ( szaszłyki z kurczaka w przyprawach, a charakterystyczną jest sos z orzeszków ziemnych ), sticky rice, krewetkami czy świeżymi ananasami. Można było się rozpłynąć! Swoją drogą polecam Wam tajskie danie jakim jest sticky rice, czyli rodzaj klejącego się ryżu, do którego dodajemy mleczko kokosowe i świeże mango. Niebo w gębie!






piątek, 4 kwietnia 2014

Ang Thong National Marine Park, czyli miejsce, które trzeba odwiedzić...


Znacie to uczucie kiedy marzycie o odwiedzeniu pewnego miejsca oglądając jego zdjęcia w sieci? Tak właśnie było z Ang Thong National Marine Park. Fotki, które znalazłam w Internecie były tak nierealnie piękne, że aż bałam się rozczarowania.

Ang Thong National Marine Park składa się z ponad 40 małych i niezamieszkałych wysepek, które wynurzają się z błękitu morza. Będąc na Koh Samui trzeba odwiedzić to miejsce, bo jest naprawdę tego warte.



Najbardziej znaną wysepką jest Koh Mae, gdzie możemy znaleźć Szmaragdowe Jezioro. Wycieczki organizowane są przez różne biura, ale warto zaznaczyć, że do parku mają wstęp tylko te, które posiadają potrzebną licencję. Naszą wycieczkę kupiliśmy w Informacji Turystycznej w okolicach plaży Lamai. Biura oferują różne ceny, ale warto się targować, bo potrafią znacząco obniżyć koszt takiej wyprawy. W cenie mamy odbiór z hotelu, dowóz do portu, przeprawę (około 2 h) do wysepek, śniadanie (z racji godzin porannych) i obiad. Niektóre opcje zawierają również wycieczkę na kajakach, ale my z tego zrezygnowaliśmy .



Na jednej z wysepek znajduje się punkt widokowy, z którego są robione wszystkie zdjęcia, jakie możemy podziwiać w sieci. Warto zaznaczyć, że powinniśmy mieć odpowiednie obuwie. Żeby wejść do góry musimy się sporo wspinać, co nie jest łatwe. Po drodze zmagamy się z konarami, stromymi zboczami i skałkami. Do dyspozycji są liny, które trochę ułatwiają zadanie. Udało mi się dotrzeć na górę w japonkach, ale szczerze tego odradzam. Lepiej nie kusić losu : ).





Jedynym minusem tej wycieczki jest spora liczba turystów w każdym z odwiedzanych miejsc.

Powrotnej drogi nie wspominam dobrze, bo zaczęła rozkładać mnie choroba, ale to już osobna historia…

niedziela, 30 marca 2014

Koh Samui wita!


Plany,plany...


Planując wyjazd do Tajlandii, od początku wiedzieliśmy, że chcemy połączyć zwiedzanie z wypoczynkiem. W ten sposób zdecydowaliśmy się podzielić nasze wakacje na dwie części: kilka dni w Bangkoku i okolicach, a następnie wypoczynek na jednej z wysp. Z racji tego, że Azję odwiedziliśmy w sierpniu, czyli w czasie pory deszczowej, wybraliśmy Koh Samui jako naszą wakacyjną destynację. Warto zaznaczyć, że pora deszczowa przebiega tam dość łagodnie, co miało wpływ na nasz wybór. Deszcz padał tylko w nocy, co dawało trochę orzeźwienia. W Bangkoku dwa razy spotkaliśmy się z oberwaniem chmury, które później przerodziło się w słońce. Nie ma się czego bać!


Wyspa kokosowych drzew?


Koh Samui to trzecia co do wielkości wyspa Tajlandii, która znajduje się w południowej części Zatoki Tajlandzkiej. Nazywana jest ‘’wyspą kokosowych drzew’’, które możemy spotkać na każdym kroku. Miejsce przyciąga wielu turystów ze względu na piękne plaże i małe zatoczki. My zdecydowaliśmy się na pobyt w dwóch miejscach: przy plaży Lamai, a następnie przenieśliśmy się na plażę o nazwie Bo Phut. Największą i najbardziej popularną plażą jest Chaweng, ale my zrezygnowaliśmy z niej, chcąc cieszyć się większym spokojem.


 

Jak się dostać na wyspę, gdzie kokosów masa? 


Są przynajmniej cztery opcje w zależności od możliwości finansowych i preferencji podróżniczych.


Linie Bangkok Airways na trasie Bangkok-Koh Samui

      Można lecieć z głównego lotniska w Bangkoku (Suvarnabhumi) liniami Bangkok Airways i po godzinie znaleźć się na lotnisku ( pięknym i niepowtarzalnym!!) na Koh Samui. Jest to opcja wygodniejsza, szybsza, ale też droższa. W zależności od sezonu ceny za bilet w jedną stronę wahają się od 300 do 500zł. My skorzystaliśmy z tej wersji w drodze powrotnej, gdyż  najbardziej nam pasowała do kolejnego lotu. Polecamy linie Bangkok Airways, bardzo dobra obsługa!


      Linie Air Asia wersja I

      Możemy skorzystać z linii lotniczych Air Asia (godne polecenia za swoje cudowne promocje!), które oferują zestaw lot+autobus+prom. Wybieramy lot na trasie Bangkok  (lotnisko Don Mueang) i lecimy do Nakhon Si Thammarat, a następnie mamy transfer autobusem do portu o nazwie Donsak Pier i dalej promem na wyspę. To tam zobaczyłam pierwszy raz delfiny na wolności, niesamowite przeżycie! Wszystko jest bardzo sprawnie zorganizowane. Po przylocie dostajemy naklejkę z logo Air Asia, następnie pracownicy lotniska kierują nas do podstawionego autobusu, którym przemieszczamy się do portu. Przeprawa promowa zajmuje około 1,5 h. Po dotarciu do portu na Koh Samui musimy sami zorganizować sobie dojazd do hotelu. My mieliśmy wcześniej zamówioną taksówkę, która nie przyjechała, więc musieliśmy radzić sobie w inny sposób. Taksówek przy porcie jednak było jak na lekarstwo, a kierowcy bardzo często żądali cen z kosmosu. Trzeba się targować!

Zestaw lot+autobus+prom to tak zwana opcja kombo, za którą płacimy w granicach 100-200zł w jedną stronę.





Linie Air Asia wersja II

      Kolejna opcja jest bardzo podobna do tej poprzedniej. Różnica polega na tym, że lecimy do miasta Surat Thani zamiast do Nakhon Si Thammarat. Cała przeprawa również organizowana jest w całości przez Air Asię. Żeby znaleźć taką opcję, należy wybrać na stronie ‘’Thailand-(Island and city tranfer)''. Ceny również oscylują w granicach 100-200 zł w zależności od daty.




Autobus/pociąg do Surat Thani + prom

      Ostatnia opcja wymaga od nas całkowitego zorganizowania sobie podróży. Jest to wariant dla tych, którzy mają mniej czasu i chcą zobaczyć coś po drodze. Możemy wybrać przejazd pociągiem lub autobusem z Bangkoku do Surat Thani i następnie przeprawa promowa na własną rękę. Trasa liczy około 650 km, więc musimy przeznaczyć na taką podróż o wiele więcej czasu. Dobrą opcją mogą okazać się pociągi/autobusy nocne.



      Koh Samui to idealne miejsce na wypoczynek, ale w okolicach nie brakuje także miejsc, które warto odwiedzić. O tym już wkrótce! Stay tuned!











sobota, 29 marca 2014

Wielka Piątka

5 MIEJSC, KTÓRE WARTO ZOBACZYĆ W BANGKOKU

Bangkok to miejska dżungla, która może niektórych przytłaczać i budzić w nich wstręt. Z drugiej strony, stolica Tajlandii to miasto, które urzeka, fascynuje i pokazuje swój wdzięk i nietuzinkowy charakter.
Stworzyłam dla Was moją piątkę miejsc, które trzeba tam odwiedzić.


1)   Wat Arun, czyli ‘’Świątynia Świtu’’
Świątynia leży na prawym brzegu rzeki Menam i jest to największa atrakcja turystyczna w tamtej części miasta. Można się tam jednak łatwo dostać za pomocą łódki. My korzystaliśmy z portu (pier) blisko stacji kolejki o nazwie Saphantaksin BTS Station.
Świątynia zachwyca, gdyż jej ściany są udekorowane tłuczoną porcelaną pochodzącą z Chin.





2) Wat Phra Keo i Pałac Królewski
To właśnie we wnętrzu jednej ze świątyń możemy znaleźć słynnego szmaragdowego Buddę, który w rzeczywistości wykonany jest z jadeitu. Z tym posągiem łączy się ciekawa historia. W XV wieku w Wat Phra Kaeo w Chiang Rai uderzył piorun, niszcząc tym samym ówczesnego Buddę wykonanego z gipsu. Niespodziewanie pod pękniętą warstwą tego materiału ukazał się lśniący w zielonych barwach Budda. Po różnych perturbacjach, trafił do Wat Phra Kaeo. Dla Tajów jest to bardzo ważne miejsce, w którym modlą się ze stopami skierowanymi na boki.
Jedynym minusem jest przeraźliwa ilość turystów, która w połączeniu z żarem lecącym z nieba, sprawia, że chcemy jak najszybciej uciekać. A szkoda...



3)   Jatujak Market

Nie ukrywam, że przed wyjazdem do Tajlandii naczytałam się o niesamowicie tanich ubraniach, które można tam kupić. Co więcej, mój tata wcześniej tam bywał i pamiętam jak przywoził nam z podróży wiele rzeczy za grosze. Niestety, zawiodłam się po dwóch wizytach w centrach handlowych, w których ceny wcale nie były tak okazyjne. Jedno miejsce to Siam Paragon, gdzie znajdziemy sklepy najlepszych projektantów. Miejsce to warto odwiedzić chociażby ze względu na niesamowitą architekturę. Inne centrum handlowe, w którym pokładaliśmy nadzieję, też nie spełniło naszych oczekiwań. Wszystko zalatywało chińszczyzną i niestety nie udało nam się nic kupić.
Z pomocą w zakupach przyszedł nam mój znajomy z Bangkoku. Zabrał nas do Jatujak Market. Do teraz żałuję, że było to w ostatni dzień naszego pobytu w tym mieście…
To był szał!!!! Niesamowite sklepiki vintage z nietuzinkowymi ubraniami, piękne dodatki, a dla miłośników trampek Converse stanowisko z limitowanymi edycjami sprzed lat.
Co więcej, nie jest to tak bardzo popularne miejsce wśród turystów, bo spotykaliśmy tam prawie samych miejscowych. Mój kolega przyznał, że tylko tam robi zakupy.


4)  Khao San Road
Dwa słowa opisujące to miejsce? Zgiełk i młyn. Mieliśmy się tam spotkać z Tymonem z bloga drogajestcelem.pl , ale niestety do spotkania nie doszło, bo nie mógł dojechać. Zdecydowaliśmy się zwiedzić okolicę na własną rękę.
Jest to dosyć krótka ulica, która słynie z tego, że w pobliżu znajduje się dużo hosteli i jest to po prostu miejsce spotkań backpackersów z całego świata. Po obu stronach ulicy możemy skosztować przeróżnych pyszności (np. skorpionów) czy poszukać wytchnienia w jednej z knajpek. To miejsce żyje! Jeśli ktoś woli – jest dużo salonów tatuażu i masażu. My wybraliśmy drugą opcję. To była ulga po całym dniu chodzenia...
Źródło: http://www.capitalmansion.com/th/travel-guide/54-khao-san-road.html

5) China Town
O tym już było dwa wpisy niżej.

To było pierwsze zetknięcie z Bangkokiem po wylądowaniu na tajskiej ziemi. Niesamowite doznania smakowe i zapachowe. To trzeba poczuć.




Bangkok zrobił na mnie ogromne wrażenie i mam nadzieję, że to nie była moja ostatnia wizyta w tym mieście. Bangkok, hope to visit you soon!

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Targowe szaleństwo

Niecałe dwie godziny jazdy samochodem od Bangkoku dzielą nas od tego, by przenieść się do zupełnie innej rzeczywistości. Z czym nam się kojarzy targ? Z placem, gdzie wystawcy przyjeżdżają, by sprzedać świeże owoce, warzywa, a także ubrania i inne produkty. To jest targ w wydaniu europejskim. W Tajlandii targi zachwyciły mnie swoją odmiennością.


Po pierwsze: Damnoen Saduak, Floating Market, czyli Pływający Targ

Niegdyś, kanały znajdujące się w stolicy Tajlandii i okolicach wykorzystywane były przede wszystkim jako miejsce handlu.  To właśnie tam ludzie kierowali się po to, by nabyć potrzebne produkty. Obecnie wiele pływających targów to tylko atrakcja turystyczna przyciągająca obcokrajowców z całego świata. W Damnoen Saduak możemy podziwiać jeden z nielicznie zachowanych targów na wodzie, który nadal żyje swoim życiem.

Dosyć wąski kanał, po obu stronach stoiska z produktami, a na wodzie masa drewnianych łódek, sprzedawcy w wielkich, słomianych kapeluszach i ogromny gwar – to są główne skojarzenia z wizyty w tym miejscu. Oferowane tam owoce to raj dla oczu i nosa, gdyż ich kolory i zapachy naprawdę pobudzają zmysły.

Warto zwrócić uwagę na to, że ceny na lądzie są niższe niż na łódkach, a poza tym zawsze trzeba się targować, gdyż ceny dla turystów są mocno zawyżane. To, co nie podobało mi się w Damnoen Saudak to łódki spalinowe, które były głośne i mocno zanieczyszczały wodę i powietrze. Myślę, że o wiele przyjemniej pływałoby się tam pośród samych drewnianych łódek :)









Po drugie: Samut Songhkram, stacja kolejowa Mae Khlong i targ na torach

Ten targ to ewenement na skalę światową. Wyobraźcie sobie spacer po torach, gdzie na długości 200 metrów  po obu stronach stoją stragany. Kilka razy dziennie przejeżdża tędy pociąg, co powoduje lekkie zamieszanie. Tajowie uwijają się jak mrówki składając wielkie parasole osłaniające to miejsce, przesuwają produkty. Pociąg przejeżdża i natychmiastowo wszystko wraca do normy. Targ naprawdę robi wrażenie i każdy turysta powinien go zobaczyć.










Dodatkowo zamieszczam link do filmiku na youtube: 


Po trzecie: Pak Klong Talad, czyli  targ kwiatowy w Bangkoku

Będąc tam, miałam wrażenie, że jestem w ogromnej kwiaciarni na świeżym powietrzu. Ilość kwiatów, pięknych ozdób (Tajowie wierzą, że dzięki nim pozbywają się złych duchów) i kolorów jest trudna do opisania. Cudowne miejsce, gdzie warto kupić kwiaty, które są naprawdę tanie (za 50 róż zapłacimy około 6 zł)









środa, 7 sierpnia 2013

Chiny w Tajlandii?


Pisać o China Town będąc w Tajlandii? To trochę nietypowe, ale z pewnością każdy turysta w Bangkoku powinien odwiedzić to miejsce.






Porywam się na głęboką wodę próbując je opisać, bo chyba żadne słowa nie przedstawią tego jak tam naprawdę jest. Dla mnie było to pierwsze zetknięcie się z Bangkokiem po przylocie, dlatego nie mogłam powstrzymać moich zmysłów od napawania się wszystkim, co dookoła.



Mieszanka nietypowych zapachów i smaków, ludzie na ulicy, pełno straganów z jedzeniem, restauracje, gdzie można zjeść rekiny, chodniki, a właściwie ich brak, muzyka, światła, gwar.
Tajlandia to raj dla miłośników owoców.



Sama do nich należę, więc mogę zapewnić, że to właśnie tutaj kiedykolwiek jadłam najlepsze ananasy. Soczyste, słodkie, są o wiele mniejsze niż te, które możemy kupić w Polsce. Co ważne, nie szczypią w język :). Warto spróbować również zmrożonego soku z granatów, który niesamowicie orzeźwia.



 Magnostany ( pychoootka!), rambutany (czerwone owłosione kulki z białym środkiem o konsystencji galaretki), dragon fruit o pięknej różowej skórce czy mango to przysmaki, które trzeba spróbować! Co więcej, sporo stoisk było zapełnionych durianami, które śmierdzą starą skarpetą. Nie próbowałam ich po tym, jak znajomy mówił, że po ich zjedzeniu, odbijało mu się tydzień tymi śmierdzielami . Polecam za to naleśniki robione na ulicy, bo są one polewane słodkim, waniliowym mleczkiem, które przypomina smakiem mleko w tubkach. Pyszności!
 Będąc w China Town, stwierdziłam, że Tajowie to osoby, które potrafią poradzić sobie ze wszystkim. Małe dziecko? Dla nich to nie problem. Mama robi na ulicy naleśniki, a maluch siedzi grzecznie na leżaku.


Wczoraj widziałam jak inna matka na ulicy myła włosy maleństwu używając do tego miski i wody z węża. Dla Europejczyka byłoby to nie do pomyślenia, bo przecież bakterie i zarazki, a dla Tajów to codzienność. To, co może zaskakiwać to sposób w jaki myte są naczynia na ulicy, czyli trzy miski z wodą, płynem i naczynia się pluskają…


Poza tym, trzeba jeszcze wziąć pod uwagę zanieczyszczenia z ulicy i szczury, które tam widzieliśmy... Niektórym mogłoby się zrobić niedobrze. Wszyscy zapewniali nas jednak, że trzeba próbować jedzenia na ulicy i nie można obawiać się ewentualnych zatruć. Odpukać, do teraz jeszcze nikt z naszej rodziny nie zmagał się z problemami żołądkowymi.

Jeśli musiałabym wybrać jedno słowo, by opisać China Town, byłoby to: szaleństwo. Kolory, klimat i mix smakowo-zapachowy nie pozwalają zapomnieć o tym miejscu.







sobota, 3 sierpnia 2013

Witaj Azjo!

31.07.2013 


5:00 pobudka!

Już o świcie zaczął się dzień, na który tak długo czekałam. Dopakowywanie walizek, wszystkie poranne czynności, lekkie śniadanie, pożegnanie z bliskimi i początek przygody. To już? Teraz? Ciągle nie wierzyłam. Każda podróż jest dla mnie wielkim przeżyciem, ale ta była szczególna przez jej egzotykę. Choć w wielu miejscach już byłam, ciągle marzyłam o wyjeździe dalej, gdzie mogłabym się zetknąć z inną kulturą, zwyczajami, tradycjami. START!

6:00

Taxi na dworzec. Jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy jak polskie ulice będą się różnić od tajskich. Nie mówię tu o stanie dróg, lecz o korkach.

6:20-14:00

Pierwsza podróż pociągiem tego dnia. Z Rawicza do Poznania jechaliśmy wyjątkowo długo. W przedziale spotkaliśmy miłego pana, wiek na oko 65 lat. Co było w tym niesamowitego? Okazało się, że właśnie jedzie na miesięczny (!) spływ kajakowy. Tylko podziwiać J.

Chwila w Poznaniu i już wsiadam do pociągu EuroCity relacji Berlin-Warszawa. Droga mija szybko, a ja próbuję odespać krótką noc, wiedząc, że ta kolejna będzie również zarwana.

W Warszawie bywam raz na ruski rok, ale Centralny kojarzy mi się zawsze z długaśnymi kolejkami do kas. Tak było i tym razem. Czasu mało, a bilet na Okęcie trzeba kupić. W poprzednim poście pisałam o połączeniu kolejowym z dworca na lotnisko. Sprawdzone! Nie dość,  że studenci płacą niecałe 3 zł za bilet to jeszcze kolej jedzie szybko (niecałe 25 min) i nie tracimy czasu na stanie w korkach!

Około 14:00

Na Okęciu byłam dotychczas dwa razy, mając tam przesiadki podczas podróży do i  z Serbii. Od tego czasu lotnisko sporo się zmieniło, ale ciągle wywiera niezłe wrażenie. Miła niespodzianka trafiła nam się na początku, kiedy zaproszono nas do odprawy na stoisku klasy Business. Był nawet czerwony dywan : )


LOT nr 1
Relacja Warsaw – Doha, Qatar



Bilety na samolot kupiliśmy pół roku wcześniej i zastanawialiśmy się czy na pokładzie będzie pełne obłożenie. Ku naszemu zdziwieniu tak właśnie było.
Przyzwyczajona ostatnio do lotów tanimi liniami lotniczymi, podczas tego lotu czułam się początkowo dziwnie. Nie było wszędobylskich reklam, zdrapek i innych kalendarzy z Ryanaira, a za to milutki kocyk i poduszeczka do spania. Godziny mijały szybko, bo zafascynował mnie indywidualny system rozrywki.
 Masa muzyki z całego świata, filmów w różnych wersjach językowych, seriali, gier. Naprawdę nie było czasu na nudę. Co ciekawe, arabska Fanta smakuje inaczej, a posiłek na pokładzie był wyjątkowo smaczny.



Znaki przy toalecie w Doha
Dotarliśmy! Było krótko przed północą, a temperatura wynosiła 40 stopni!!! Pomimo zmęczenia musieliśmy się skupić, by wysiąść w dobrej strefie (żółtej, czyli transfer na kolejny lot). Przejażdżka autobusem z płyty lotniska do terminala trwała naprawdę długo, co znaczyłoby tylko jedno: lotnisko sporych rozmiarów. Wewnątrz zaskoczyła mnie ilość ludzi. Wszędzie ludzie,wszędzie na podłodze, na każdym wolnym m2. Mieszanka kulturowa. Mówiłam już, że lubię obserwować ludzi?
Przesiadka była krótka, bo nie chcieliśmy niepotrzebnie wydłużać czasu podróży, który i tak i tak już był dostatecznie długi.

LOT nr 2
Doha-Bangkok


Doha
Ogrom samolotu zrobił na mnie wielkie wrażenie, bo pierwszy raz leciałam w kombinacji siedzeń  
 3 – 3 – 3. Mieliśmy niestety godzinkę opóźnienia, ale na szczęście udało się nadrobić chwilę w czasie lotu. Swoją drogą, chciałabym być dzieckiem latającym Qatar Airways ;). Wszystkie maluchy dostawały naprawdę cudowne zabawki, pluszaki SpongeBob’y i różne takie. Wiedziałam, że czeka nas 7 godzin podróży, ale początkowo znowu oddałam się systemowi rozrywki, który był jeszcze bardziej rozbudowany niż podczas poprzedniego lotu. Z tego samolotu mieliśmy również okazję napisać maila lub wysłać sms’a. Technika idzie do przodu… Mnie zadowolił zestaw gadżetów od linii lotniczych, czyli paczka ze szczoteczką, stoperami, skarpetkami, opaską na oczy, itp. itd. Zmęczenie dawało o sobie znać, padłam. Co chwilę ktoś jednak mnie budził, bo tutaj posiłek, tutaj napoje…Udało jednak się trochę przespać, chociaż czułam ciężkie powieki.



BANGKOK!


Naklejka w taksówce :)
Po siedmiu godzinach docieramy do naszego celu. Ze względu na zmianę czasu, jest wtedy południe. Zmęczeni, ale szczęśliwi, że podróż przebiegła bez żadnych komplikacji, szukamy taxi. W Tajlandii trzeba bardzo uważać na taksówkarzy, którzy odmawiają włączenia taksometra. Umawiając się na daną kwotę, zdarzają się wypadki, że później kierowca nie chce wypuścić klientów pod groźbami. Pierwszy kierowca, do którego podeszliśmy zażądał od nas 700 batów, co na złotówki wynosi 70 zł. Wielce wygórowana cena. Kolejny wziął nas za 400 batów, co za podróż do centrum miasta, ponad 40 km nie jest dużą kwotą (choć normalną na tutejsze warunki). Trzeba się targować, ale też uważać na naciągaczy, którzy twierdzą, że każdy biały człowiek = pieniądze. Taksówki w Bangkoku są żarówiastych kolorów ( omarańczowe, żółte, różowe) i jest ich naprawdę dużo. Są one relatywnie tanie, ale czasami lepiej skorzystać z tuk-tuków lub szybkiej kolejki, która łatwiej radzi sobie w korkach.
Nasz taksówkarz był przemiłym panem, z którym rozumieliśmy się prawie bez słów. Znał pojedyncze słówka z angielskiego, ale to nie przeszkodziło mu w tym, by z nami się porozumieć. W takich momentach uśmiech, mimika i gestykulacja wystarczy. Po niektórych ludziach od razu widać, że są dobrzy i on właśnie do nich należał. Jak się dowiedział, że jesteśmy z Polski, zaczął mówić coś, co mnie rozbawiło (z akcentem na land):
Po – LAND
Thai – LAND
W hotelu od razu zauważyłam, że czasami Tajów jest trudno zrozumieć po angielsku ze względu na ich akcent. Bardzo wydłużają ostatnie sylaby i mówią jakby śpiewali.

Na miejscu trafił nam się apartament na 23 piętrze z cudnym widokiem na panoramę miasta. Wszystkie pomieszczenia są przeszklone, więc kładąc się spać mam wrażenie, że jestem na Manhattanie;).

Zdążyliśmy zaliczyć jeszcze obiad w azjatyckim barze i udaliśmy się do China Town.

Podsumowując, aby dotrzeć do centrum Bangkoku spędziliśmy ponad dobę w podróży, jechaliśmy dwa razy taxi, dwa razy wznieśliśmy się w powietrze, raz jechaliśmy autobusem i trzema różnymi pociągami. Na szczęście nie odczuliśmy jet lag’u  i mieliśmy jeszcze siłę zwiedzić China Town tego samego dnia, ale to już inna historia...