Wracałam na Fuerteventurę jak do domu. Wsiadając do samolotu
nie miałam poczucia, że jadę w nieznane, a wręcz przeciwnie. Wyspa, która za
każdym razem zachwyca mnie swoim klimatem, luzem, uśmiechem ludzi. Ważniejsze
jest być niż mieć, co łatwo zauważyć od samego początku. Nie ma korków, więc
automatycznie odpada jeden stresogenny czynnik. Dzikie plaże, ocean
zachwycający swoimi kolorami, piękne wydmy o wschodzie, surferski luz. Widok
ludzi w japonkach i szortach nie dziwi tak jak widok kogoś w garniturze. Wyspa,
która przyciąga coraz więcej turystów spragnionych plaż z pięknym piaskiem i
przyjemnego klimatu. Wystarczy jednak tylko wyjść poza hotel by poznać
prawdziwą i żyjącą swoim życiem Fuerteventurę.
Zostawiam Was z kilkoma obrazkami z ostatnich miesięcy.
Z wczesnego pójścia spać wyszły nici, bo musiałam jeszcze
dokładnie i rozsądnie spakować plecak, co wcale nie jest łatwą sprawą. W
trudnych warunkach pogodowych trzeba mieć najważniejsze rzeczy pod ręką po to,
by później nie przewracać wszystkiego do góry nogami.
Ekscytację dało się wyczuć już od rana. Pobudka o świcie, pożywne śniadanie i rozgrzewka w
postaci marszu na dworzec kolejowy. Mieliśmy nadzieję na okno pogodowe, ale
niestety prognozy mówiły co innego. Przez to też nie udało się zorganizować lotu
helikopterem na samą górę, co było wcześniej w planach. Żałowałam, trochę się
złościłam, ale wiedziałam, że nikt nie jest winien, nikt nie może wpłynąć na
to, co za oknem. Plany generalnie nam się zmieniły. Z dwóch nocy na lodowcu
zrobiła się jedna i nie w namiotach, a w schronisku. Nie mogliśmy narażać się
na problemy i ciężkie warunki związane z pogodą. Mimo wszystko humory
dopisywały, bo co by się nie działo i tak czekała na nas wielka przygoda. Na
dworcu dołączył do nas jeszcze jeden przewodnik górski, kamerzysta i fotograf.
Ruszyliśmy kolejką w stronę Kleine Scheidegg, gdzie musieliśmy się przesiąść na
pociąg do Jungfraujoch. Szwajcarzy zawsze zaskakują mnie swoim zorganizowaniem,
a i tym razem nie zawiedli. Przypominali trochę policjantów kierujących ruchem,
bo za każdym razem wskazywali wagon, do którego możemy wsiąść i miejsce, w
którym możemy zostawić plecaki, liny i wszystkie sprzęty potrzebne w górach.
Azjaci w japonkach na 3500 m n.p.m.
Co najśmieszniejsze, Azjaci opanowali Szwajcarię…są
wszędzie! Bezmyślnie robiąc zdjęcia wszystkiemu dookoła. Czy to ubikacja,
czy to pociąg, czy góra…wszystko jedno! Nawet my mogliśmy poczuć się jak
celebryci, bo na widok ludzi ze sprzętem górskim prosili nas o wspólne
pozowanie do fotek. Nic dziwnego skoro niektórzy z nich wybierali się na 3500 m
n.p.m. w szpilkach lub japonkach. Wyglądało to co najmniej śmiesznie, ale jak
kto woli : ). Warto zaznaczyć, że kolej, którą jechaliśmy, jest najwyżej położona w Europie. Po drodze, mogliśmy obserwować
szczyty gór Eiger i Mönch, co zdecydowanie zapierało dech w piersiach. Z
ciekawostek, cena za przejazd pociągiem za osobę w dwie strony wynosi prawie
600 zł! Istne szaleństwo!!
Top of Europe to nie tylko baza wyjściowa w góry, ale przede
wszystkim raj dla Azjatów : ). Punkt widokowy, restauracja, pamiątki, muzeum,
czego dusza zapragnie…
Trudy aklimatyzacji, strzępy z butów i TIP-TOP
Od początku można było wyczuć zmiany, próbowaliśmy się
zaaklimatyzować, ale na to potrzebny jest czas, którego my nie mieliśmy. Trzeba
było sobie radzić, bo organizm na takich wysokościach zupełnie inaczej reaguje.
Wcześniej już miałam okazję spać w takich warunkach, więc wiedziałam czego się
spodziewać. Ku naszemu szczęściu, pogoda dopisywała, słońce, błękit nieba…Żyć
nie umierać! O tym właśnie marzyłam, takie góry kocham… Bez okularów nie dało
się wytrzymać ani sekundy, bo wypalało oczy.
Przed wyjściem na śnieg poczułam, że coś dziwnego dzieje się
z moimi nowymi butami… Szybkie zerknięcie w dół i...nie wiedziałam czy śmiać
się czy płakać. Buty w całości popękały, a podeszwa odpadała. Jednym słowem:
koniec wyprawy. Szybka reakcja przewodników górskich dała nadzieję na wyjście w
góry. Czy wspominałam już, że oni zawsze są przygotowani?: ) Stopa w worek żeby
nie przemokła i specjalne plastikowe zawiasy, które miały trzymać podeszwę w
ryzach. Co gorsze…w drugim bucie to samo. Byłam zła, cholernie zła. Łzy zaczęły
napływać do oczu. Wyobraźcie sobie: dookoła góry, masz zaraz wyruszać, a tu się
okazuje, że buty się rozleciały. Była tam jedna budka. Jedna jedyna budka. Co
się okazało? Szwajcarzy przynieśli mi z niej buty, w których mogłam dalej
maszerować… Nie wiem czy to szczęście
czy ich przygotowanie, ale mam wrażenie, że wszystko mają zawsze zrobione na
tip-top i są gotowi na każdą sytuację.
Wędrówkowa radość
Założyliśmy rakiety i mogliśmy gnać do przodu. Trochę pod
górkę, trochę z górki. Nie było najgorzej, choć mniejsza ilość tlenu dawała nam
się we znaki. Organizm reagował jakby z opóźnieniem. Trzeba było wspomagać się
przegryzkami, które dawały więcej energii. Muszę również wspomnieć o tym, że
kluczowe jest nawadnianie organizmu dzień przed wyjściem w góry i podczas samej
wędrówki. Pić, pić i jeszcze raz pić! Dwie godziny marszu pozwoliły dotrzeć nam
w okolice schroniska, w którym mieliśmy spędzić noc. Tam zrobiliśmy sobie
przerwę na lunch. Napawałam się pięknem gór, słoneczkiem, ośnieżonymi szczytami,
błękitem nieba. Radość z chwili, tak to się nazywa. Mam wrażenie, że w górach
przeżywa się to jeszcze bardziej. Każdy moment cieszy, napawa serce takim
ciepłem, którego nie da się opisać.
copyright: Valentin Luthiger
copyright: Valentin Luthiger
copyright: Valentin Luthiger
copyright: Valentin Luthiger
Kiedy to głowa musi być silniejsza niż ciało
Po przerwie na jedzenie czekał na nas większy wysiłek. Niestety
koleżanka ze Szwecji musiała zawrócić do hotelu, gdyż lekarze nie pozwolili jej
na noc na lodowcu ( piąty miesiąc ciąży), a kolega z Włoch nie dawał rady i
został w schronisku. Podzieliliśmy się na dwie grupy i już na linach szliśmy
dalej. Pierwsza grupa miała trudniej, bo torowała drogę, co kosztuje
niesamowicie dużo wysiłku. Podczas mojej pierwszej przygody na lodowcu, byłam
pierwszą osobą za przewodnikiem i szczerze mówiąc nie dawałam rady. Musicie
uwierzyć na słowo, że przebijanie się przez metr śniegu nie należy do łatwych
rzeczy. Maszerowaliśmy, a pogoda zmieniała się
z każdą chwilą. Z błękitnego nieba już nic nie zostało, wszystko zakryła
mgła. Miałam wrażenie, że jesteśmy w zupełnie innej krainie, widoczność
ograniczała się do kilku metrów do przodu. W połowie drogi zaczęłam odczuwać
brak aklimatyzacji. Nie było łatwo, walczyłam ze sobą jak mogłam. Szybsze bicie
serca, niesamowity ból głowy, lekkie zawroty, a maszerować dalej trzeba…
Byliśmy na linach, więc postój jednej osoby oznacza przymusowy odpoczynek dla
wszystkich. W górach ważny jest team i współpraca, a nasz zespół idealnie
współgrał. Odnaleźliśmy wspólne tempo i dotarliśmy do schroniska. Ostatnie
podejście też nie należało do łatwych. Ostro w górę, ale wiedziałam, że czeka
na mnie odpoczynek, więc łatwiej było się przemęczyć z taką myślą.
copyright: Valentin Luthiger
copyright: Valentin Luthiger
copyright: Valentin Luthiger
W schronisku poczułam się początkowo lepiej. Może to za
sprawą batona, który chwilowo naładował akumulatory? Było mi jedynie zimno, co
w tamtym momencie mnie dziwiło. Siedziałam w kurtce, ale po jakimś czasie
okazało się dlaczego…spalona twarz.
Z biegiem czasu było już tylko gorzej. Choroba wysokogórska
dopadła nie tylko mnie. Co więcej, w moim przypadku obyło się bez wymiotowania,
co u niektórych było normą. Fakt, że nie byłam w stanie niczego zjeść, ogromnie
mnie zdziwił. To się u mnie nigdy nie zdarza, a wtedy czułam się jakby ktoś
wstawił mi do głowy młot pneumatyczny, który rozsadzał mi wszystko od środka.
copyright: Valentin Luthiger
copyright: Valentin Luthiger / tutaj toczę walkę z głową...
O 19 byłam już w łóżku. Noc na 3700 m n.p.m. bardzo niespokojna. Wieloosobowe
pokoje wyjaśniają wiele, co chwilę ktoś się kręcił. Dokuczała mi głowa, spalona
twarz i usta. Miałam wrażenie, że cały świat działa przeciwko mnie, ale
dzielnie walczyłam. Kilka razy w nocy trzeba było wyjść na dwór ( - 10), bo tam
znajdowała się toaleta. Lubimy takie extremy, prawda? :) Co ciekawe, przewodnik
zostawił we wspólnej sali tabletki (Aspiryna, w górach można brać również
profilaktycznie!) i wodę, gdyby ktoś ich w nocy potrzebował. Rano okazało się,
że zapotrzebowanie było wielkie i prawie wszystkie tabletki zniknęły.
Kolejnego dnia pogoda również dopisała. Powoli schodziliśmy
w dół, było już o wiele łatwiej, a i organizm reagował tak jak reagować
powinien. Po drodze mieliśmy jeszcze szkolenie lawinowe, które okazało się
bardzo przydatne na przyszłość, szczególnie w obliczu lawiny, którą mogliśmy
zobaczyć…
copyright: Valentin Luthiger
copyright: Valentin Luthiger
Moc gór
To jest paradoks, bo z jednej strony góry zabierają dużo
energii, a z drugiej dostarczają tyle siły i mocy, że na nizinach łatwiej jest
działać. W górach inaczej wszystko się odbiera, pojmuje, są inne priorytety. Za
to właśnie je kocham. Za to, że pozwalają mi więcej zauważać na nizinach i pozwalają sprawdzać siebie w tak trudnych warunkach. W górach jest walka z samym sobą i ze swoimi słabościami, ale dzięki temu później stajemy się silniejsi.
copyright: Valentin Luthiger
Na koniec dzielę się jeszcze z Wami niepowtarzalną pamiątką z lodowca : ).
Jest jeden kraj na świecie, który wzbudza we mnie same
pozytywne emocje. Jest to miejsce, które z każdą wizytą kocham coraz bardziej,
a poza tym, mam wrażenie, że się przyciągamy. To przyciąganie ma formę
wzajemnej miłości, tak to odbieram. O jakim miejscu mowa? O tym, które zachwyca
swoją przyrodą na każdym kroku. O kraju, w którym możemy obserwować niesamowite
szczyty gór, wodospady, jaskinie, jeziora i krowy z dzwonkami na łąkach. O
państwie, które jest poukładane, a jego obywatele przestrzegają wszystkich
możliwych zasad. O kraju, w którym chciałabym kiedyś mieszkać. SZWAJCARIA.
Wszystkie moje pobyty w tamtejszej krainie mogę zaliczyć do wyjazdów życia.
Najbardziej wymagające, dające do myślenia, obfitujące w nowe przyjaźnie,
doświadczenia i nabyte umiejętności.
To były wyjazdy, podczas których miałam okazję spróbować
niektórych rzeczy pierwszy raz w życiu, sprawdzić siebie, swój organizm,
wytrzymałość, siłę i hart ducha.
copyright: Dmitry Sharomov
Szczęściu trzeba pomóc
Dokładnie pamiętam tamte zajęcia. Pedagogika, wieczór, zawiewa
nudą, a ja nagle dostaję telefon od nieznanego numeru. Wybiegam z sali jak
poparzona i uwierzyć nie mogę. Okazało się, że to przedstawiciel firmy
Intersport, który oznajmia mi, że wybrali moje zgłoszenie i przeżyję tydzień w
Szwajcarii z The North Face. Kilka chwil zajmuje mi dojście do siebie.
Zapomniałam o tym konkursie, a tu taka niespodzianka! Wbiegam do sali z bananem
na ustach, ludzie się dziwią. ‘’Znowu coś wygrałaś?’’ ‘’Taaaaaaaaaak,
jaaaaaaaaadę do Szwajcarii!!’’.
Ludzie się dziwią, że można wygrywać. Można, ale trzeba
próbować! Proste? :)
6 miesięcy później
Pół roku później jestem już w drodze do Zurychu. Do Warszawy
udaje mi się dostać samolotem za 3,80 euro. Reszta wyprawy w całości
sponsorowana. Ktoś mówił, że Szwajcaria jest droga? ;) Po drodze jeszcze
spotkanie z Anią, która dzieli się niesamowitymi opowieściami z Gruzji i
kanapą, na której mogę się zdrzemnąć przed porannym lotem.
Miejsce, które czaruje
Szwajcaria wita mnie plakatem ‘’Great to see you’’. To samo
czuję i ja.
Ten kraj jest wyjątkowo bliski mojemu sercu. W Zurychu spotykam się z resztą naszej
The North Face’owej ekipy, która składa się z różnych narodowości – Holender,
Niemiec, Austriaczka, Szwedka, Włoch, Turczynka, Słoweniec, Duńczyk i ja. Jest
z nami jeszcze niesamowity przewodnik górski, Jonathan, który spędzi z nami
cały tydzień.
Naszym miejscem docelowym jest Grindelwald, czyli wioska w
górskiej części Oberlandu Berneńskiego, która jest bazą wypadową na Eiger,
którego szczyt można podziwiać przy dobrej widoczności. Trzy godziny busem
starczyły by dotrzeć w góry, ale niestety Szwajcaria przywitała nas deszczem ze
śniegiem.
Wyjazd jest nagrodą za udział w konkursie związanym z nową kampanią
promocyjną The North Face. W skrócie NEVER STOP EXPLORING. Już pierwszego dnia
mamy przedsmak tego, co będzie później. Po kilku wspólnych chwilach czujemy, że
wszystkie osoby trafiły tam nie bez powodu. Wiemy, że będziemy zgraną ekipą, bo
mamy podobne pasje, plany i cieszą nas te same rzeczy.
Po pysznym obiedzie w restauracji u Włochów czeka nas
pierwszy punkt programu, czyli park linowy. Nie taki najzwyklejszy, bo
największy indoor park w Europie! Przyznam, że niektóre przeszkody były
niezwykle wymagające przez co następnego dnia czuliśmy mięśnie rąk i nóg.
Zadowoleni z pokonania tras o kilku stopniach trudności, wróciliśmy do hotelu,
gdzie mieliśmy sprawdzić sprzęt przed wyjściem w góry i nocą na lodowcu.
Przewodnicy
górscy dokładnie przejrzeli wszystkie przywiezione przez nas rzeczy, a
dodatkowo wszyscy dostali 2 kurtki sponsora wyjazdu. Mi trafiły się jeszcze
niesamowite rękawiczki na wyprawy w Himalaje! Bardziej przypominają rękawice
bokserskie, sięgają aż zgięcia w łokciu i dają pewność, że nie odmrozimy sobie
rąk.
Wieczorem spędziliśmy jeszcze kilka godzin jedząc wspólnie
kolację, ale pilnowaliśmy tego, by położyć się w miarę wcześnie spać przed
kolejnym wymagającym dniem i wyprawą w wysokie góry.
Ludzie, miejsca i smaki to trzy najważniejsze składniki, które składają się na podróżowanie. To one sprawiają, że jesteśmy mądrzejsi, więcej wiemy, więcej zauważamy, jesteśmy bardziej otwarci, tęsknimy, marzymy, chcemy więcej, ciągle nas gdzieś ciągnie (...)
Ludzie
Każdy człowiek niesie za sobą historię, a możliwość obcowania z miejscowymi sprawia, że poznajemy życie danego miejsca takim jakie jest. Od ludzi spotkanych w podróży możemy się sporo nauczyć. Nie mam na myśli tylko nabycia niecodziennych umiejętności. Jeszcze ważniejsza jest ich mądrość życiowa, która sprawia, że analizujemy swoje życie, a nasza głowa jest bardziej otwarta. Tutaj przychodzi mi na myśl moja senegalska mama, czyli Aicha (możecie ją zobaczyć w filmiku). Niesamowicie ciepła osoba, która na Fuerteventurze (2 lata temu pracowałam tam przez 3 miesiące) sprawiała, że czułam się jak w domu. Wiecie co jest piękne? Za miesiąc jadę tam kolejny raz, a moja senegalska mama już na mnie czeka...
Miejsca
Każde miejsce jest inne i możemy je odkrywać na wiele sposobów. Możliwość obserwowania świata, zauważania różnic i podobieństw, radowania się z bycia, wsiąkania w dane miejsce...to jest to, co sprawia, że nasze życie się zmienia, więcej wiemy, więcej widzimy, jesteśmy bardziej tolerancyjni, czasami bardziej cierpliwi, ale na pewno bardziej otwarci. Takich rzeczy nie nauczymy się w żadnej szkole. Wulkany, pustynie, wieloryby na wolności, dżungla (...) Szkoła uczy nas tego w teorii, a podróże dają możliwość ''dotykania''.
Smaki
Ile krajów, tyle kuchni świata. Inne przyprawy, owoce, warzywa, nawyki, kultura. Na Mauritiusie jadłam najsmaczniejsze ryby świata ( do teraz tęsknię za tym smakiem!), a w Tajlandii zachwycałam się tanimi owocami, których w Polsce nie mogę dostać. W Azji je się na ulicy, a we Francji byłoby to nie do pomyślenia. Smaki sprawiają, że zapamiętujemy dane miejsce poprzez inne zmysły.
Na koniec taka krótka niespodzianka ode mnie. Wspomnienia z ostatnich kilku lat:
A dla Was co jest najważniejsze w podróży? Podzielcie się swoimi spostrzeżeniami!
Z jednej strony jest to
rodzaj muzyki, a z drugiej, nazwa narodowego tańca Mauritiusa i Reunionu. Warto
wspomnieć, że Sega wywodzi się z tańców afrykańskich niewolników przywiezionych
w tamte rejony w XVIII wieku. Znalazłam ciekawą informację, że tańce i teksty
śpiewane w języku kreolskim mają charakter erotycznego przekomarzania się.
Kobieta rozpoczyna taniec, trzymając kolorową, rozkloszowaną spódnicę. W coraz śmielszych ruchach pokazuję nogę i jest to zaproszenie dla mężczyzny
do wspólnego tańca. Taniec ma charakter nieśmiałych zalotów, które stają się
bardziej widoczne. Podobno najlepiej odwiedzić region Riviere Noire, gdzie na
plaży można spotkać młodych ludzi tańczących Segę.
2.Piękne plaże
Mauritius zawsze kojarzył
mi się z lazurem oceanu i pięknymi plażami. To, co jednak zobaczyłam na
miejscu, całkowicie zawróciło mi w głowie. Mogłam godzinami siedzieć na plaży i
wpatrywać się w promienie słońca odbijające się w tafli wody. Tworzył się przez
to niesamowity klimat, o którym trudno zapomnieć. W szczególności polecam plaże
Grand Baie, Flic en Flac oraz najpiękniejsze moim zdaniem miejsce, czyli Îlot Gabriel.
3.Ogród
Botaniczny Pamplemousse
To miejsce mieliśmy
okazję zobaczyć podczas rajdu w kabrioletach po wyspie. Byliśmy podzieleni na
drużyny, dostaliśmy mapy i każda grupa musiała dotrzeć do wyznaczonych punktów.
Nie obyło się bez przygód, bo to właśnie na Mauritiusie przeżyłam pierwszą stłuczkę samochodową. Na szczęście
nikomu nic się nie stało, a teraz mamy przynajmniej co wspominać.
Sama nazwa ogrodu
pochodzi od francuskiej nazwy grejpfruta, czyli pamplemousse, którego drzewa
rosną w dystrykcie o tej samej nazwie ( Mauritius jest podzielony na 9
dystryktów). Warto zaznaczyć, że ogród słynie z olbrzymich lilii wodnych, a
ponadto jest to najstarszy ogród botaniczny na południowej półkuli. Łatwo się
tam dostać, bo miasteczko znajduje się około 11 km od stolicy wyspy.
4.Escale Créole
Nazwa pięknie brzmi,
prawda? Jest to nic innego jak urocza restauracyjka ukryta w tropikalnym ogrodzie z typową kuchnią kreolską. Prowadzi ją matka
z córką, które potrafią wyczarować niesamowite dania typowe dla Mauritiusa.
Skarbnica smaków, tradycji i niesamowitej atmosfery. Restauracja znajduje się w
miejscowości Moka, w centralnej części wyspy. Zdecydowanie warto odwiedzić!
5.Niesamowita
fauna
Uczucia, które
towarzyszyło mi w momencie, kiedy zobaczyłam wieloryba na wolności ,nie da się
opisać. To był jeden z najpiękniejszych momentów podczas mojego pobytu na tej
niesamowitej wyspie. Muszę wspomnieć jeszcze o pływaniu z delfinami, które
odbyło się w okolicach Black River. Moje wyobrażenia na temat obcowania z tymi
stworzeniami nieco odbiegały od rzeczywistości. Myślałam, że dane mi będzie
uwiesić się na nich i razem sunąć pod wodą. Okazało się jednak, że jest to
surowo zabronione. Takie rzeczy mają miejsce tylko z nieuczciwymi firmami bez
certyfikatów i w różnych parkach rozrywki. Dla dobra delfinów, trzeba unikać
ich dotykania. Pływanie z nimi sprawia jednak tyle radości, że wynagradza ona
wszystko.
Pamiętacie swoje
podróżnicze marzenia z dzieciństwa? Zawsze marzyły mi się wakacje na Seszelach,
Malediwach, Mauritiusie… Piękne wyspy pokryte palmami, długie plaże z białym
piaskiem i lazurowy kolor oceanu. Tak właśnie wyobrażałam sobie raj.
copyright: Ingo
Marzenia się spełniają!
We wrześniu zeszłego roku
dostałam wiadomość o wygraniu wycieczki na Mauritius. To był szok! Skrycie
marzyłam o tym, ale przecież nie przyszło mi na myśl, że to właśnie moją pracę
wybierze jury.
Początkowo nie wierzyłam,
ale dostając bilety dostarczone przez kuriera, wiedziałam, że moje marzenie
jest bliskie spełnienia.
Jedynym zmartwieniem na
początku był fakt, że jechałam tam sama. Wiedziałam, że będą inni uczestnicy
loterii, ale jednak pewien niepokój pozostał. Stwierdziłam, że najwyżej
samotnie spędzę błogi tydzień na plaży. Już teraz wiem, że niepotrzebnie się
martwiłam, bo poznałam tam cudownych ludzi, z którymi można było konie kraść!
Przygodę zaczęłam
23.09.2013 od dotarcia na warszawskie lotnisko Chopina. Już na miejscu odnalazłam
się z innymi uczestnikami wyprawy i wspólnie odlecieliśmy do Paryża. Gdyby ktoś
kiedyś zastanawiał się nad wyborem linii Air France to szczerze odradzam : ).
Zamrożona bagietka, niemiła obsługa i brak posiłku podczas lotu powrotnego
zaważyły na mojej opinii.
Na paryskim lotnisku
Charlesa De Gaulle’a byłam pierwszy raz, ale zrobiło na mnie bardzo dobre
wrażenie. Sprawnie udało nam się odnaleźć innych uczestników wycieczki i
stanowisko Sabiny, czyli rezydentki, która zajmowała się nami podczas pobytu na Mauritiusie. Wspólnie odlecieliśmy w
stronę wyspy na pokładzie linii Air Mauritius. W samolocie można było poczuć
wakacyjny klimat, gdyż na ścianach znajdowały się obrazki delfinów, a
wyposażenie oraz stroje obsługi były pokryte w w żółto-zielone kwiaty. Lot był wyjątkowo długi, bo trwał blisko 12
godzin, ale na szczęście udało mi się przespać większość czasu. Adrenalina chyba odgrywała bardzo dużą rolę,
bo chciałam mieć jak najwięcej sił następnego dnia.
copyright: Ingo
Jedno jest pewne: lazur
oceanu widziany z okna samolotu podczas wschodu słońca to był jeden z
najpiękniejszych widoków jakie widziałam. Obrazek jak z kolorowego czasopisma o
podróżach teraz miałam okazję podziwiać na
żywo. Ekscytacja była ogromna i towarzyszyło mi ciągle niedowierzanie…
Na lotnisku zostaliśmy
powitani przez ekipę, która miała się nami zajmować przez kolejny tydzień.
Wszystko było perfekcyjnie zorganizowane, a w powietrzu wyczuwało się ekscytację
wszystkich uczestników.
Przejazd na drugi koniec
wyspy trwał około 2 godzin. Po drodze mieliśmy okazję obserwować niekończące się
pola trzciny cukrowej, które mają ogromne znaczenie dla gospodarki wyspy.
Ciekawostką jest, że trzcina cukrowa pokrywa aż 70% powierzchni Mauritiusa.
Mauritius to połączenie
dziewiczej przyrody, ferii barw i kultury kreolskiej, ale o tym już wkrótce…